Piękna i Bestia, i inni- Recenzja filmu (2017)

22:34:00


Tej historii bieg...wydaje mi się, że jest wam dobrze znany, w końcu stary jest jak świat. I pewnie każdy z was, kto wychował się na disney'u jest w stanie zaśpiewać chociażby kilka wersów z większości piosenek, które szczęśliwie znalazły się w ścieżce dźwiękowej animacji Piękna i Bestia z 1991 roku. Uwierzycie, że ten film ma już prawie 26 lat?! Jest o kilka lat starszy ode mnie, a tak naprawdę od zawsze był moim ulubionym, jeśli chodzi o repertuar Disney'a! (Lubiłam też Pocahontas i Nowe szaty króla, ale głównie przez to, że film był śmieszny). Ale kiedy usłyszałam, że ktoś rzuca się na tę przepiękną animację i chce ją przerobić na film osadzony w połowicznie realnym świecie, nie byłam za bardzo entuzjastyczna. Szczerze mówiąc myślałam, że- cytuję: "Ech". Wiecie jak to jest z remake'ami, czasem są świetne, czasem po prostu muszą zostać w swojej oryginalnej formie, bo w innym przypadku, po prostu nie będą się podobać. I właśnie takie było moje nastawienie, ale kiedy weszłam na salę kinową, usiadłam w swoim fotelu i obejrzałam sam prolog filmu- zadecydowałam, że już nigdy nie podejmę się oceny przed premierą filmu. Bo Disney po prostu odebrał mi prawo sprzeciwu. Zostałam zniewolona tym filmem (ale w dobrym tego słowa znaczeniu, o ile istnieje takie).

Od razu, na wstępie powiem, że to może być przydługa recenzja, ponieważ mam tak dużo do powiedzenia o tym filmie, jako wielbicielka oryginalnej historii. Dla mnie była ulepszona wersja animacji, nałożono na nią łatki, które pokrywały błędy logiczne, niestety zaburzające płynny przepływ historii w filmie z 1991 roku. Wiedzieliście na przykład, że w oryginale książę, przez klątwą, miał około 11 lat? Albo czy sens ma to, że Książę/Bestia mając na oko setkę i więcej służących, sam otwiera drzwi zamku? Mam oczywiście świadomość, że to jednak jest bajka i nie wszystko ma logiczne wytłumaczenie, ale jak tak po około 10 latach obejrzałam animację- w moim umyśle zaczynały się formować pytania? Jedno z nich brzmiało "Czy Bella kocha Bestię czy ma Syndrom sztokholmski?". Może to pytanie nie ma prawa działać w disney'owskiej logice, ale dla praktycznie dorosłej mnie- to poważna zagadka.

Na szczęście, jak już wspomniałam, nowa wersja klasycznej opowieści, odpowiada na większość tych dręczących pytań. Stwarza też nowe wątki i stopniowo je wyjaśnia. Jednym z nich jest wątek matki Belli, który przy okazji przytacza nam nowy element klątwy ciążącej na Bestii i jego sługach- o którym musicie się dowiedzieć sami, bo to jest jako taki spojler- a ja jednak nie chcę mówić o nowych wątkach, bo fabuła ogólna jest już wam bardzo dobrze znana. W każdym razie, te łatki logiczne uspokoiły moją dociekliwą duszę. Waszą też uspokoją, jeśli kiedykolwiek mieliście taki moment, w którym bezwolnie zaczęliście się nad czymś mocno zastanawiać i nagle przestało mieć sens.

Pierwsze co rzuciło mi się w oczy to absolutnie piękna scenografia- klimatyczna, XVIII- wieczna, ciężka i pełna ozdób. Ktoś podszepnął mi, że to styl rokoko i cóż- mogę się z tym zgodzić. Dlaczego to mówię, a dlatego, że zaraz po obejrzeniu filmu miałam ogromną ochotę znaleźć się w takim zamku i ubrać jedną z tych pięknych sukienek, które nosiła nasza Bella (wspaniała Emma Watson) i śmiać się z francuskim akcentem (bo potrafię- hon, hon, hon!). Piękny jest także desing kostiumów, postaci- o których zaraz trochę powiem- charakteryzacja...po prostu poszłabym do kina dla samego wyglądu tego filmu. Postacie sług- Pani Ibryk, Lumiere'a, Trybika, Bryczka- wyglądają teraz całkowicie inaczej. Są zaprojektowani tak, żeby przynajmniej częściowo wyglądali realnie. Osobiście, bardzo spodobał mi się wygląd większości z nich, miałam zastrzeżenie tylko do Pani Imbryk, bo wyglądała dla mnie trochę za mało przyjaźnie- reszta- to prawdziwy test kreatywności. Wizualnie- uwodzicielski, magiczny, ale w Pięknej i Bestii chodzi o przede wszystkim to, żeby pokazać, że to co ważniejsze jest w środku- czyli w tym przypadku w historii i sposobie przekazu historii. I wreszcie mogę powiedzieć o aktorach i muzyce!

Wszyscy, łącznie ze mną, bali się jak wypadnie Emma "Hermiona" Watson w roli mojej ukochanej bohaterki Disney'a. I tu z moją oceną jest problem- byłam na seansie z dubbingiem, a właściwie zostałam wkręcona w seans z polską wersją, bo do rozpoczęcia filmu nie wiedziałam w co się pakuję (chociaż przyznam, że nie było tak źle). I moja ocena opiera się na piosenkach i klipach udostępnionych na YouTube'ie- i powiem, mimo że słyszę odrobinę audiotune'a w jej głosie- nie jest źle, jest dobrze. Dzięki niej jestem w stanie uwierzyć, że kiedyś taka Bella istniała i była prawdziwą dziewczyną ze swoimi problemami. Zauważyłam, że jest także bardziej zdecydowana i nawet bardziej feministyczna, bo nie jest bezczynna. Próbuje uciec, nie lamentuje, działa. I to bardzo mi się spodobało, bo oryginalna Bella jest trochę bardziej mdła i przytłoczona innymi kwestiami poruszonymi w filmie. Momentami wydawało mi się, że Emma nie jest pewna swojej roli, za bardzo poważna, ale wszystko zgrało się z tłem. Ale jeśli chodzi o drugą stronę- czyli o Bestię- naprawdę nie mam, żadnych zastrzeżeń do samego aktora. Królewicz jest tutaj wykształconym młodym mężczyzną zaklętym w rogate monstrum, który przez swoje obrzydliwe życie został ukarany przez czarodziejkę proszącą o pomoc. Dan Stevens stworzył iście przyjemną do oglądania wersję Bestii, a co się z tym wiąże Księcia. Należy się mu owacja, przede wszystkim za ogrom pracy jaki włożył w rolę- i może to zabrzmiało głupio, ponieważ jego postać jest praktycznie tylko animacją komputerową, ale czytałam w jednym z wywiadów, że musiał on nosić kilkunastokilogramowy strój, i szczudła, żeby rozmiarowo upodobnić się do Bestii. I jeszcze zaśpiewać- i to jak zaśpiewać! 



Luke Evans, jako Gaston był bardziej agresywny, mniej arogancji, bardziej wyrazisty i wspaniały- w końcu "Cóż to za gość ten Gaston!". Jego kompan, LeFou, wspaniale odegrany przez Josh'a Gad'a, był źródłem kontrowersji jeszcze przed premierą filmu. Miał on być homoseksualistą, w sposób otwarty i to przeraziło wielu, ale po seansie mogę powiedzieć, że- w tym filmie nie ma, żadnych deklaracji wprost. Dorośli się domyślą, dzieci pewnie będą się śmiały (bo sceny z tym wątkiem są głównie śmieszne). Zresztą, czy ten film nie powinien być o akceptacji? Cóż, niektórzy wymijają się ze swoimi zarzutami. Teraz mogę bez żadnych przeszkód przejść do ról, na które bardzo czekałam, czyli te postaci zaklętych sług. Oczywiście nie mogłam się doczekać występu mojego ukochanego Ewana McGregor'a, który wcielił się w rolę Lumiere'a, czyli w polskiej wersji Płomyka. Tłumaczenie jego imienia mija się z celem, bo to miała być jego cecha charakterystyczna- że mówi z akcentem i jest najbardziej francuski z wszystkich postaci. Ta postać była moja drugą ulubioną, po Belli, więc kiedy nadeszła pora na Gościem bądź miałam ochotę zacząć śpiewać w ten sam sposób. Na szczęście pohamowałam się, ale rola Ewan'a jest fenomenalna, choć oryginalne wykonanie dalej dźwięczy mi w głowie i nie mogę się powstrzymać od porównania dwóch występów. Obok- umówmy się- dominującej postaci wśród sług rolę Cogswoth'a (Trybika) przyjął Sir Ian McKellen, czyli nie kto inny niż Gandalf. Z kolei jego performance zmienił charakter postaci na trochę bardziej poważną, śmieszną, ale na bardziej nieświadomy sposób. Bardzo mi się to podobało. Pani Imbryk (Mrs. Potts) to Emma Tompson, która, bardzo mi przykro, nigdy nie będzie lepsza od oryginalnego, niemalże babcinego głosu. Jej rolę dopełnia Chip, czyli Bryczek, jej syn zaklęty w pękniętą filiżankę. I kobieta Lumiere'a zyskała dostała większą rolę i świetnie sobie poradziła, z czego byłam bardzo zadowolona!


Większą rolę ma też Maurice, ojciec Belli, który w tej wersji jest artystą, a nie tylko ekscentrycznym wynalazcą. Więcej pola do popisu dostaje także Madame de Garderobe, czyli gadająca szafa, która wystąpiła już w animacji z 1991 roku, ale nową postacią jest jej mąż Maestro Cadenza, zaklęty w klawesyn albo pianino (wydaje mi się, że ta pierwsza opcja). Widzimy też także czarodziejkę, która rzuciła zaklęcie na Księcia i jego otoczenie.

Muzyka- dalej tak wspaniała jak w oryginale, trochę ulepszona, trochę przycięta- odrobinę bardziej dopasowana do dzisiejszych realiów musicalowych, co w tym przypadku działa. Zachwycił mnie numer otwierający film czyli Belle- Emma i Luke, wypadają w nim świetnie i bardzo zachęcają do dalszego oglądania. Później słyszymy znany pean dla Gaston'a, moje ukochane Gościem bądź (Be our guest) i większość starych, dobrze znanych nam piosenek. Są jednak także nowe utwory napisane specjalnie do filmu, czyli Days in the sun (Słońca dni) i przede wszystkim Evermore (Aż po zmierzch). Ta druga piosenka jest fenomenalna, przepiękna i mama wrażenie, że wkrótce stanie się hitem. I śpiewa ją Bestia, czyli niesamowity Dan Stevens!

Gdybym używała skali liczbowej w recenzjach powiedziałabym, że daje mu 9,5 punkta na 10. 
Mogłabym jeszcze długo pisać o tym przedobrym filmie, ale ta notka i tak jest już przydługa. Powiem tylko, że dawno nie widziałam tak magicznego- wizualnie i fabularnie- odwzorowania klasycznej opowieści. Niestety, nie wiem jak mogę was bardziej zachęcić do obejrzenia tego filmu, więc wrzucę tutaj tylko zwiastun. A tymczasem, piszcie w komentarzach co sądzicie albo jak wam się podobało.




You Might Also Like

1 komentarze

  1. Na pewno za jakiś czas obejrzę, ale generalnie mi faza na bajki minęła tak trochę i się po prostu nie śpieszę :)

    OdpowiedzUsuń

Prawa autorskie

Całość prezentowanej strony internetowej stanowi własność autorki bloga i jest utworem w rozumieniu ustawy z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych (Dz. U. Nr 90, poz. 631). Żadna część moich tekstów nie może być rozpowszechniania bądź kopiowana bez mojej zgody.